AleksandraZielińska

Bez Wyjątków

Aborcja? Chodzi o kogoś takiego jak ja

Aleksandra Zielińska, psycholog, wielokrotna Mistrzyni Polski w wyciskaniu ciężarów. O chorobie, aborcji i społecznej dyskusji na temat prawa do życia. Rozmawia Karolina Podlewska.

 

Kiedy się urodz­iłaś, Two­ja mama usłysza­ła, że będziesz niepełnospraw­na i zależ­na od innych. Tym­cza­sem siedz­imy w kaw­iarni, pije­my kawę. Na spotkanie przy­jechałaś sama i nie wyda­je mi się, by wiele rzeczy Cię ograniczało.

– Bard­zo chci­ałabym spotkać wszys­tkie oso­by, które tak mówiły. Mam ogrom­ny dys­tans do przewidy­wań i nieufność do stwierdzeń, że coś wydarzy się na sto pro­cent, bo jestem żywym „dowo­dem” na to, że tak nie jest. Oczy­wiś­cie, nie wszys­tkie chore dzieci miały tyle szczęś­cia, co ja. Widzę jed­nak, że funkcjonowanie człowieka z niepełnosprawnoś­cią w dużej mierze zależy od tego, co się zro­bi z jego chorobą. Ja od początku byłam reha­bil­i­towana i oper­owana w Niem­czech w bard­zo dobrej klin­ice ortope­dy­cznej. Więc fakt, że chodzę i żyjęw miarę nor­mal­nie, nie jest cud­em, ale efek­tem konkret­nej pra­cy. Dlat­ego gdy słyszę, że rodz­ice spodziewa­ją się dziec­ka z rozszczepem krę­gosłu­pa, a inni snu­ją wiz­je, że życie tego dziec­ka będzie z pewnoś­cią udręką i traumą, mam wiele wąt­pli­woś­ci co do tych rokowań.

 

Czyli to jak ter­az wyglą­da Two­je życie w dużej mierze jest zasługą Twoich rodziców?

– Kiedy się urodz­iłam, moi rodz­ice byli w szoku. Ale otrząs­nęli się i bard­zo szy­bko zaczęli dzi­ałać. Mają naturę zadan­iow­ców. Mój tata jest lekarzem, więc wie, że w takich sytu­ac­jach trze­ba naty­ch­mi­ast rozpocząć reha­bil­i­tację. Byłam jej pod­dawana od drugiego tygod­nia życia i to sześć razy dzi­en­nie, po dwadzieś­cia min­ut, co dwie godziny. Ćwiczyła ze mną głównie moja mama i pod­chodz­iła do tego wręcz z aptekarską pre­cyzją. I kiedy pojechałam do Niemiec, lekarze byli pod wraże­niem postawy moich rodz­iców. Takie pode­jś­cie się „opłaciło”. Początkowo zakładano, że będę musi­ała być reha­bil­i­towana do 18. roku życia. A ten czas znacznie się skró­cił, do czterech lat.

 

Na czym pole­ga Two­ja choroba?

– Mam przepuk­linę oponowo-rdzeniową, a ner­wy rdzeniowe są uszkod­zone na odcinku lędźwiowym. Od tego miejs­ca nie mam czu­cia, nie wszys­tkie stawy się rusza­ją, nie wszys­tkie mięśnie działają.

 

Jakie trud­noś­ci wynika­ją z Two­jej choroby?

– Głównie są to trud­noś­ci z chodze­niem. Choć moje nogi są wyk­sz­tał­cone, to nie wszys­tkie stawy i mięśnie dobrze funkcjonu­ją. Mam nieru­chome stopy, co spraw­ia mi kłopot z utrzymy­waniem równowa­gi. Dość częstą przy­padłoś­cią przy przepuk­lin­ie oponowo-rdzeniowej jest również zwich­nię­cie stawów biodrowych, co powodu­je specy­ficzny sposób chodzenia tzw. kaczy chód. To rzeczy­wiś­cie bard­zo utrud­nia funkcjonowanie, dłuższe chodze­nie czy też stanie.

 

Miałaś moment bun­tu wobec tej sytuacji?

– Tak i trwało to kil­ka lat.Wydawało mi się, że mam kiep­skie życie. Obraz­iłam się na Pana Boga, bo dlaczego to mnie się przy­trafiło? A po drugie, sko­ro Go tak ład­nie proszę, żeby mi tę chorobę zabrał , to dlaczego tego nie robi? Nawet przes­tałam wierzyć, bo prze­cież gdy­by Bóg był, to by do tego nie dop­uś­cił. Dzisi­aj już tak nie myślę. Jestem pogod­zona z tą sytuacją.

 

Gdy chodz­iłaś do szkoły…

– Od zawsze starałam się otaczać ludź­mi, którym moja niepełnosprawność nie przeszkadza. Mam przy­jaciół i zna­jomych, dla których  fakt, że poruszam się na wózku, jest taką samą cechą jak kolor włosów. Nie ma to dla nich znaczenia. Jasne, zdarza­ło się, że inne dzieci w szkole, na base­nie się śmi­ały, ale gorsze były spo­jrzenia i komen­tarze dorosłych na ulicy.

 

Braku­je Ci czegoś?

– Cza­sem mi szko­da drob­nych rzeczy, które dla innych mogą wydawać się bła­he, ale dla mnie jako kobi­ety są ważne. Na przykład nigdy nie założę szpilek. Nie zała­mu­ję się z tego powodu, ale cza­sa­mi ta myśl wraca i jest ból.

 

Kiedy i jak w Twoim życiu pojaw­ił się sport?

– Bard­zo szy­bko, w końcu „ćwiczyłam” od drugiego tygod­nia życia. Po reha­bil­i­tacji metodą Voj­ty płyn­nie przeszłam na „klasy­czną” reha­bil­i­tację w ośrod­ku, co jest for­mą zajęć sportowych. W ostat­niej klasie szkoły pod­sta­wowej pojaw­ił się basen. Tylko że ja nie lubiłam i nie lubię basenu. Fakt, że trze­ba się roze­brać do stro­ju, powodu­je u mnie dyskom­fort. Mój tren­er to zauważył i zapro­ponował siłown­ię. Sam mieszkał nad siłown­ią, którą prowadzi wielokrot­ny mis­trz świa­ta w trójbo­ju siłowym. Powiedzi­ałam wtedy, że nie chcę, bo tego nie znam. Ale z cza­sem się przeła­małam i poszłam. Na początku ćwiczyłam podob­nie jak na reha­bil­i­tacji, głównie nogi i brzuch. Pewnego razu zobaczyłam ćwiczenia na wyciskanie… i spróbowałam. W wieku 15 lat pod­nosiłam 50 kg.

 

Od ćwiczeń do rywal­iza­cji? Jak to się stało, ze trafiłaś na zawody?

– Trenowałam głównie dla siebie. Wydawało mi się, że 70 kg, bo tyle wyciskałam po trzech lat­ach, to nic wielkiego. Mój tren­er pan Jan Wegiera powiedzi­ał, że jest Puchar Pol­s­ki i jedziemy. Pier­wsze zawody okaza­ły się katas­trofą. Obiecałam sobie, że już nigdy na żadne nie pojadę. Ale tren­er nie odpuszczał, bo jesienią miały być kolejne…Tam już poszło dobrze – wygrałam i pobiłam reko­rd Pol­s­ki o 20 kg.W tym roku mija 10 lat od zdoby­cia przeze mnie tytułu Mis­trza Pol­s­ki Juniorek do lat 18 w wyciskaniu.

 

Lubisz rywal­iza­cję?

– W życiu nie. Jeśli już, to lubię rywal­i­zować sama ze sobą. Zawsze staram się oce­ni­ać,  jak mi poszło, a nie które miejsce zdobyłam na zawodach. Bo nawet jeśli zdobyłam pier­wsze miejsce, ale wiem, że nie dałam z siebie wszys­tkiego, to nie jestem zad­owolona. I w drugą stronę – kiedy nie jestem na podi­um, a wiem, że  „wygrałam” sama z sobą, to jestem z siebie dumna.

 

Jesteś psy­cholo­giem. To zre­al­i­zowane marze­nie z dzieciństwa?

– Na początku myślałam o medy­cynie. Chci­ałam być lekarzem. Po pier­wsze, bo mój tata jest lekarzem, a po drugie chci­ałam poma­gać innym. Psy­chologię odkryłam później i to się okaza­ło strza­łem w dziesiątkę.

 

Pracu­jesz z osoba­mi niepełnosprawny­mi. Two­ja choro­ba Ci poma­ga czy utrud­nia pracę?

– Pracu­ję w szkole dla dzieci z autyzmem jako ter­apeu­ta behaw­io­ral­ny. Choro­ba na pewno utrud­nia, bo pra­ca z dzieć­mi nie jest wyłącznie„pracą psy­cho­log­iczną”, ale również fizy­czną. Dostrzegam więc trud­noś­ci, które wynika­ją z mojej niepełnosprawnoś­ci. Z drugiej strony to, że jeżdżę na wózku, także poma­ga – myślę, że dzię­ki temu jestem empaty­cz­na. Moim uczniom staram się przekazy­wać to, czego nauczyli mnie moi rodz­ice. Wyma­gali ode mnie pomi­mo mojej niepełnosprawnoś­ci. Wszys­tko po to, bym w przyszłoś­ci była jak najbardziej samodziel­na. Więc ter­az nie mam prob­le­mu, żeby podob­nie trak­tować moich uczniów, by na miarę swoich możli­woś­ci stawali się coraz bardziej samodzielni.

 

Społeczeńst­wo chce ułatwiać funkcjonowanie osobom z niepełnosprawnością.

– Nieste­ty, dostrzegam szkodli­wość takiego myśle­nia. W pra­cy nazy­wamy to wtórną niepełnosprawnoś­cią. Bo jeśli mamy do wychowa­nia dziecko, które doświad­cza trud­noś­ci i my w związku z tym wszys­tko robimy za nie, to my go nie wychowu­je­my, ale okalecza­my. Taka oso­ba w przyszłoś­ci nie będzie potrafiła o siebie zadbać.

 

Kiedy zrozu­mi­ałaś, że zgod­nie z obow­iązu­ją­cym prawem mogło­by Cię nie być?

– To było przy okazji sprawy Alicji Tysiąc. Wtedy w dyskusji pub­licznej padło wiele słów. Między inny­mi również o przesłankach do abor­cji. Usłysza­łam wtedy o nieod­wracal­nych wadach dziec­ka w łonie mamy. Wiedząc, że moja choro­ba to właśnie taka wada, zapy­tałam swo­jej mamy: „Ale jak to? Czy takich jak ja moż­na legal­nie zabić?”. Do dzisi­aj pamię­tam tę sytu­ację. Ten moment, w którym poczułam, że w opinii usta­wodaw­ców i wielu zwykłych ludzi moje życie jest mniej warte.

Ludzie, którzy dysku­tu­ją na tem­at abor­cji eugenicznej, czyli zabi­ja­nia dzieci nien­ar­o­d­zonych pode­jrze­wanych o chorobę lub niepełnosprawność, zapom­i­na­ją, że nie roz­maw­iamy tylko o osobach, które się nie urodz­iły, bo ode­bra­no im życie w łonie mat­ki. Roz­maw­iamy o ludzi­ach, którzy żyją, słyszą i rozu­mieją, że mówi się o takich jak oni. Oczy­wiś­cie, nigdy nikt nie powie tego wprost. Mówią najczęś­ciej: „Wiesz, ja jestem za wyborem, ale nie chodzi mi o ciebie”. Tylko, że ja wiem, że chodzi o kogoś dokład­nie takiego samego jak ja.

Gdy dowiedzi­ałam się o abor­cji eugenicznej, dłu­go to w sobie traw­iłam. Uważałam i nadal uważam to pra­wo za straszne i sprzeczne z jakąkol­wiek logiką. Zdarza­ło mi się dysku­tować z ludź­mi na ten tem­at, ale dopiero na stu­di­ach i dzię­ki Face­bookowi zaczęły do mnie docier­ać inic­jaty­wy pro-life. Zobaczyłam, że jest mnóst­wo ludzi, którzy chcą zmienić społeczną świado­mość, ale również pra­wo w tym zakre­sie. Zaczęłam więc naw­iązy­wać kon­tak­ty z ludź­mi zaan­gażowany­mi w ruch pro-life, udzielać wywiadów i mówić głośno o tym, że choć­by przez samo pode­jrze­nie choro­by dzieci są zabi­jane w łonach matek.

 

Co czu­jesz, gdy słyszysz, że „Kobi­ety powin­ny mieć pra­wo do włas­nego ciała?”

– Co to w ogóle znaczy, że mamy do czegoś pra­wo? Każdy człowiek ma pra­wo do życia, każdy człowiek ma pra­wo do szczęś­cia, a szczęś­cie nie jest zależne od tego, czy jest się zdrowym. Bez wyjątków. Współcześnie ludzie myślą tylko o tym, co im się należy Staram się unikać takich dyskusji, bo to po pros­tu boli, gdy czy­tasz i wiesz, że to o tobie.

 

To bru­tal­na nar­rac­ja: niei­de­alne dzieci nie powin­ny się rodzić…

– Powszech­nie rozu­mi­any kanon pięk­na to w ogóle ciekawe zjawisko. Usłysza­łam kiedyś, że to niemożli­we, że podlegam pod przesłankę eugeniczną, bo jestem ład­na. Co to zmienia? Częs­to myślimy, że jak dziecko ładne, to zdrowe, a kiedy jest brzy­d­kie lub w jak­iś inny sposób niei­de­alne, to… no właśnie – to co? Wtedy jest gorsze? Powoli zaczy­namy wszys­tko trak­tować jak pro­dukt. A dzieci to nie pro­duk­ty. Marzy mi się społeczeńst­wo, w którym pomagamy i min­i­mal­izu­je­my skut­ki chorób, a nie zabi­jamy. To trudne, bo wyma­ga nakładu pra­cy, cza­su, pieniędzy, poświęce­nia i w dodatku nigdy nie wiado­mo, czy się uda. Ale prze­ci­wnoś­ci się przezwycięża. A chorych leczy. Nie zabija.

NasiBohaterowie

Bez Wyjątków