Ania

Bez Wyjątków

Serce z książki

Dla niektórych lekarzy serce Ani było tak bezwartościowe, że zasługiwało jedynie na aborcję. A potem były dwa cudy. Pierwszy to spotkanie lekarza, który podejmie się operacji. Drugi to fakt, że operacji jednak nie będzie…

Agniesz­ka i Andrzej Janczurowie mieszka­ją pod Wrocław­iem z dzieć­mi: Karolem, Anią i Joasią. Spoko­jni, zwycza­jni i nierozpoz­nawal­ni na uli­cy, choć serce ich cór­ki jest znane na całym świecie.
„Czekać albo aborcja”
Ciąża z Karolem była podręcznikowa, praw­ie jak z kre­dowych mag­a­zynów: pięk­na, uśmiech­nię­ta mama głaszczą­ca krągły brzuch. – Myśleliśmy, że za drugim razem będzie podob­nie – mówi Agniesz­ka – ale szy­bko trafiłam do szpi­ta­la z moc­nym krwaw­ie­niem. Myślałam, że dziec­ka nie da się ura­tować, bo pojaw­ił się krwiak pod­kos­mówkowy. Lekarze dawali 50 proc. szans, że dziecko doży­je do poro­du – wspom­i­na. Jed­nak dzię­ki Mszy św. odpraw­ionej następ­nego dnia w Godz­inę Miłosierdzia Bożego krwiak, który (jeśli dziecko przeży­je) miał się wchła­ni­ać wiele tygod­ni, po pros­tu zniknął.
Po wyjś­ciu ze szpi­ta­la w 10. tygod­niu ciąży rodz­ice zde­cy­dowali się na bada­nia pre­na­talne. Wtedy po raz pier­wszy usłyszeli, że Ania ma chore serce. Lekar­ka stwierdz­iła niepraw­idłowy przepływ na zastaw­ce trójdziel­nej. – „Są dwie opc­je: czekać albo abor­c­ja” – powiedzi­ała. Na to my kat­e­go­rycznie, że abor­c­ja nie wchodzi w grę – opowia­da Andrzej.
Kole­jne badanie potwierdz­iło wadę ser­dusz­ka, które rosło, więc moż­na było „wyczy­tać” z niego coraz więcej. – Ter­az lekar­ka wprost namaw­iała nas do prz­er­wa­nia ciąży. Było dla niej oczy­wiste, że „takie dzieci” się usuwa. „Takie”, czyli cier­piące na HLHS – zespół niedoroz­wo­ju lewej komory ser­ca. Dopó­ki dziecko jest w brzuchu, korzys­ta z tlenu z krwi mat­ki. Po urodze­niu bez oper­acji żyje maksy­mal­nie trzy dni – doda­je tata. – Oczy­wiś­cie, kon­sul­towal­iśmy diag­nozę z inny­mi lekarza­mi. Najlep­szy­mi we Wrocław­iu, Warsza­w­ie. Mówiono o trzech eta­pach oper­acji: jed­na miała się odbyć zaraz po urodze­niu, dru­ga po trzech miesią­cach i trze­cia po trzech lat­ach. Wtedy nastąpiła­by peł­na korek­ta, ale nie peł­nia zdrowia, bo oper­ac­je są bard­zo inwazyjne.
Agniesz­ka i Andrzej dowiedzieli się także, że kilka­naś­cie lat temu dzieci z HLHS umier­ały, ponieważ nie przeprowadzano tak skom­p­likowanych zabiegów. Usłyszeli, że na Zachodzie dzieci takie jak Ania rodzą się rzad­ko albo w ogóle – tam jedynym „wyjś­ciem” wyda­je się aborcja.
W poniedzi­ałek u mnie
Pod koniec ciąży serce Ani było już bard­zo słabe. Aby poczuć ruchy małej, Agniesz­ka kołysała ją w brzuchu, żeby dziecko się pohuś­tało, a mama poczuła, że cór­ka nadal żyje. W tam­tym cza­sie Janczurowie przeczy­tali o prof. Edwardzie Mal­cu, kar­di­o­logu, o którym mówi się, że jest „pol­skim dobrem nar­o­dowym”. – Pro­fe­sor pra­cow­ał wtedy w Niem­czech. Zadz­wonil­iśmy do klini­ki, ode­brała Pol­ka, roz­maw­ial­iśmy pół godziny. Wysłal­iśmy bada­nia, dysku­towal­iśmy z prof. Mal­cem, który potwierdz­ił diag­nozę i zde­cy­dował się przeprowadz­ić oper­ację. Zaz­naczył jed­nak: „W poniedzi­ałek musi­cie być u mnie. Dziec­ka nie może­cie przewieźć tutaj dopiero po urodze­niu”. Musieliśmy także zapłacić 300 tysię­cy zło­tych za oper­ację i pobyt w niemieckim szpi­talu. Mnóst­wo  pieniędzy jak na nasze warun­ki. To był cud, iż w week­end udało nam się zebrać tę kwotę. Dzwonil­iśmy do całej rodziny, zna­jomych, przy­jaciół. Krewni poży­cza­li od kogo mogli, by móc poży­czyć nam. Poza tym modlil­iśmy się o ura­towanie naszego nien­ar­o­d­zonego dziecka.
Piękne, książkowe serce
Po przy­jeździe do Niemiec lekarze wywołali poród. Kiedy serce Ani zaczęło stawać, naty­ch­mi­ast zde­cy­dowano o cesarskim cię­ciu. – Bard­zo zależało nam na chrz­cie. Przy­wiozłam w słoiczku wodę świę­coną. Zapy­tal­iśmy, czy Andrzej będzie mógł ochrz­cić. Usłyszeliśmy, że nie, bo lekarze muszą naty­ch­mi­ast pod­piąć dziecko pod aparaturę, żeby przeżyło do oper­acji. Ale jeśli sobie życzymy, to któryś z lekarzy ochrz­ci naszą córkę. Wrzu­cil­iśmy więc for­mułkę „Ja ciebie chrzczę…” do trans­la­to­ra Google’a, na kartce wyr­wanej z zeszy­tu napisal­iśmy, co zro­bić i dal­iśmy lekar­zom – relacjonu­ją rodz­ice. – Powiedzieli nam, że po godzinie będziemy mogli zobaczyć dziecko. Nie była to godz­i­na, ani dwie, ani trzy. Dopiero po czterech godz­i­nach zadz­wonili, że może­my przy­jechać. Wchodz­imy do sali pełnej lekarzy. Wszyscy się śmieją. Na ogrom­nych mon­i­torach serce Ani. Piękne, zdrowe serce.
Wszys­tko zniknęło
Prof. Malec mówi: – Oooo, proszę państ­wa, dzisi­aj wszys­tko wyglą­da zupełnie inaczej niż wczo­raj. Praw­dopodob­nie obe­jdzie się bez oper­acji. Wszys­tko zniknęło. Lewa komo­ra się pojaw­iła, prawa zmalała do swoich rozmi­arów, zastaw­ki dzi­ała­ją książkowo, a po przewęże­niu aorty nie ma śladu. Nic, nic, nic.
Niemiec­cy lekarze cały czas mówili: – Takie rzeczy się nie zdarza­ją. To jest niemożli­we! Trzy­mali nas tam o wiele dłużej niż dzieci, które prze­chodz­iły oper­ac­je. I cią­gle tylko badali i badali. W kółko słyszeliśmy: faszinierend, faszinierend, a gdy pytal­iśmy, czy wszys­tko dobrze, odpowiadali: „Spoko­jnie, wszys­tko dobrze. Tylko to takie fascynujące”.
Agniesz­ka i Andrzej: – Każdego lekarza pytal­iśmy, co się właś­ci­wie stało? Co się zadzi­ało w tym ser­cu? Odpowiadali: „Nie wiemy, ciesz­cie się”. Prof. Malec gdy wychodzil­iśmy ze szpi­ta­la, powiedzi­ał: „Tylko Bogu dzięku­j­cie”. Stwierdz­ił, że medy­cznie się nie da tego wytłu­maczyć. Dzisiejszy świat jest tak bard­zo racjon­al­ny. Wszys­tko trze­ba zbadać, zmierzyć. Szanse Ani też zmier­zono. I nie dawano nawet jed­nego pro­cen­ta szan­sy na to, że jej serce zacznie funkcjonować.

NasiBohaterowie

Bez Wyjątków